niedziela, 17 września 2017

Jej oczy

Niedzielne, wczesne popołudnie. Pojechałem na obiad do szkolnej stołówki. Wchodząc już zauważyłem ją przy kasie. Wiedziałem, że dziś o tej porze będzie ona. Kiedy podszedłem płacić, zapatrzyłem się na jej oczy i... zapomniałem co mam powiedzieć. 


czwartek, 24 sierpnia 2017

Krok dzieli od... najgorszego

Obudziłem się o 5.38 i pierwsze co zrobiłem to włączyłem komputer i FB. Uciekłem od razu w świat wirtualny. I tak minęły kolejne trzy, prawie cztery godziny. Wstałem wpół do dziesiątej. Za pół godziny wsiadłem na rower i wyjechałem do lasu. Tam najlepiej się czuję. Wśród drzew, zieleni i ciszy. Pierwszy raz zabrałem ze sobą laptopa, żeby od razu przelewać na „papier” kotłujące się we mnie myśli. Tam najlepiej mi zebrać myśli. Zawsze układałem sobie jakieś myśli w głowie a po powrocie miałem je zapisać ale nigdy do tego nie dochodziło. Zawsze mijała chęć i motywacja.  Minęła 10.00 jak zajechałem na miejsce. W lesie dość mokro. Obok staw i pozostałość po ognisku. Siadam na przewróconej brzozie i zaczynam pisać.

Nie radzę sobie po powrocie z Wrocławia. Spędziłem tam prawie miesiąc czasu. Większość dni siedziałem na rynek i malowałem. Przez pierwsze dwa albo trzy dni, siadałem wieczorem do bloga i pisałem relacje, dla własnej pamięci. Ale później i o tym zapomniałem. Korzystałem z uroków miasta, spotkań, wystaw, rozmów z ludźmi. Korzystałem z wolności – samotnego mieszkania, gdzie nikt nie mówił mi co mam robić, co jeść i w co się ubrać; co wypada a co nie, korzystałem z wolności wyboru i wolności otoczenia, bez zwracania uwagi na to, co inni sobie pomyślą, bo ich to niewiele obchodziło. Byłem obcy.

Dziś mija tydzień jak wyjechałem z Wrocławia i przyjechałem do Bełchatowa. Zaraz po wejściu do mieszkania (dom zostawiłem na ulicy we Wrocławiu), włączyłem komputer i uciekłem w świat wirtualny. To miasto jest strasznie demotywujące. Beton, moher i cenzura – to hasła, którymi mógłbym je określić. Pewnie dołożyłbym jeszcze nepotyzm, układy, załatwianie wszystkiego po znajomości. Miasto, które po godz. 17.00 wymiera, wyludnia się, ostaje puste i świeci wszechobecnym betonem (ok, kostką i płytami granitowymi).

Napisałem na fb, że w takim betonie to tylko się zabić. Drugiego dnia – coś o samobójstwie a trzeciego – o śmierci. Jednozdaniowe hasła. Nikt nie reagował. Pewnie większość już jest przyzwyczajona, że wypisuję głupoty, więc lepiej to przemilczeć. Tylko jedna osoba podjęła dyskusję. Później dołączyła druga osoba. „Donieśli” na mnie do psychologa. Wieczorem dostałem telefon – co się ze mną dzieje. Udałem, że wszystko w porządku. Wczoraj miałem się spotkać, ale już nie pamiętam kto do kogo miał zadzwonić i spotkanie się nie odbyło. Od czterech dni nie zamieszczam żadnych wpisów na fb, ukryłem soją widoczność. Nikt nie reaguje.

Początkowo potraktowałem te wpisy, a przynajmniej ten pierwszy bardziej jako żart. Ale… z czasem jak zacząłem się nad nimi zastanawiać to raczej nie były dla żartu. Jest w nich wiele prawdy. Otaczająca rzeczywistość blokowiska, brak ludzi i wsparcia, wymarłe życie kulturalne działa na mnie destrukcyjnie. Nudę zabijam całodziennym siedzeniem na fb, czasem sprawdzę pocztę. Znajomi przestali odpisywać na wiadomości. Zaczynam wegetować. Samotność na wielu poziomach zaczyna być okropna. Pewnie mam jeszcze resztki nadziei, że może się coś zmienić. Tylko brak cierpliwości – o dziwo, tej mam aż nadto, kiedy maluję tuszem po japońsku.

Pięć lat. I znów jestem w punkcie wyjścia. Może nie jest to stan jakiś beznadziejny, że w desperacji chcę rzucić się z bloku – dziś mniej się boję, ale jednak jest jeszcze strach i niepewność, czy oby na pewno. Ale jestem w punkcie – nie wiem co dalej.

Wierząc numerologii to mój pierwszy rok numerologiczny w który wkroczyłem we wrzeniu ub., roku powinien przynieść nowe pomysły i nowe możliwości. A tu rok się prawie kończy a ja zostaję z pustką. Miałem pomysł na stworzenie grupy zainteresowanych ezoteryką, ale okazał się niewypałem. Dwa razy nikt nie przyszedł na spotkanie. Mimo iż zainteresowanie przerosło moje oczekiwania. Odpuściłem sobie. W tym mieście jakikolwiek pomysł jest nie do zrealizowania.

Dwie godziny nie wiem kiedy zleciały a tu jeszcze tyle myśli do zapisania zostało. Wracam, bo zmarzłem. Muszę dokończyć to jak zajadę. Muszę !

To było do przewodzenia. Niebawem minie godz. 17.00. Przesiedziałem ten czas na fb i nic nowego nie dopisałem.  Pozostaje następny wyjazd do lasu, żeby dokończyć pisanie.

wtorek, 25 lipca 2017

Wrocław - dzień 3

Z porannego spotkania z Gosią nic nie wyszło - nie wyrobiła się w czasie. Szkoda. Zamiast porannego wyjścia, przesiedziałem przed komputerem, To straszne. Dziś zimno, po wczorajszej długiej ulewie. Padało i padało - pewnie całą noc. Wychodząc na zakupy kurtka byłą potrzebna. W planach Muzeum Narodowe Pawilon  Czterech Kopuł na Pergoli. Dziś wstęp wolny. Przejdę się zobaczyć sztukę współczesną. Przy okazji obejdę ogród japoński dookoła a w drodze powrotnej może znajdę jakieś zioła, kwiatki.

poniedziałek, 24 lipca 2017

Wrocław - dzień 2

Z samego rana udałem się na Ostrów Tumski zobaczyć miejsce, gdzie mógłbym przyjść pomalować. Okazało się, że to, gdzie zazwyczaj siadam - przed nim ustawiono wystawę. Wracając minąłem dwie dziewczyny z teczkami rysunkowymi. Pewnie będą gdzieś malowały, może są na plenerze.
Poszedłem do Galerii Małgosia w rynku, gdzie nadal wisi moja wystawa, aby dowiedzieć się kiedy przyjść po prace. Miałem być krótko, tylko zapytać i tak zeszło prawie 30 min na rozmowę. W piątek będę ją zdejmował. Okrążyłem też rynek, patrząc gdzie mógłbym przysiąść do rysowania. Moje stałe miejsce brałem pod uwagę. Jednak pogoda nie zapowiadała, że dziś coś namaluję. Na popołudnie i tak miałem inne plany. Jeszcze tylko zakup biletów na tramwaj i wracam. Ale przypomniałem sobie o tych dziewczynach z teczką. Pomyślałem, ze jest niedaleko, wiec może je znajdę i popatrzę co rysują. Wróciłem a Ostrów. Siedziały niedaleko Kościoła św. Krzyża. A ponieważ był on otwarty, zajrzałem na wystawę. Tak, w nim są całoroczne wystawy wrocławskich artystów. Tym razem tematem przewodnim była postać św. Jadwigi. W kościele grał ktoś na organach, wiec chwilę posiedziałem przysłuchując się koncertowi. No a później podszedłem popatrzeć jak powstają plenerowe dzieła. I tak jak się zatrzymałem to ponad godzinę przegadaliśmy. Czas mnie nieco gonił, budzik przypominał o kolejnym zaplanowanym spotkaniu ale jeszcze 5 min. Na szczęście zaczęło kropić, i zbierało się na duży deszcz, wiec rozeszliśmy się w swoją stronę. Kolejne spotkanie miałem umówione z Gosią  koleżanką, którą poznałem w ub roku, kiedy to poszliśmy na spacer na cmentarz żydowski. Dostałem od niej sms-a, żeby zmienić lokalizację naszego spotkania bo deszcz i spacer w [parku to nie najlepsze połączenie. Ok. Bilety przydadzą się n inną okazję. Jeszcze tylko szybko obiad w Hali Targowej i przed jej wejściem spotkaliśmy się. Poszliśmy na herbatę do herbaciarni w hali. Miło było znów zobaczyć Gosię. Trochę mało rozmowna, ale tym razem już mniej nieśmiałą i więcej się uśmiechała niż rok temu. po prawie 2 godz. rozeszliśmy się, ale mamy spotkać się jutro z rana - mam ją oprowadzić po mojej wystawie. 
 Było jeszcze trochę czasu, wiec zdążyłem na spotkanie o Adamie Chmielowskim. Akurat postać mi dobrze znana, wielu nowości się nie dowiedziałem, raczej sam w dyskusji wiele opowiedziałem, ale mimo wszystko późne popołudnie nie było stracone. Szkoda tylko, ze słuchacze nie dopisali i byłem sam jeden na spotkaniu.

czwartek, 6 lipca 2017

Patrzę ze smutkiem w okno

W poniedziałek miałem zacząć malować kolejną pracę na zamówienie. Zrobiłem szkic i.... czeka. Nie chce mi się do niej zabierać. Już nie wspominam o dwóch innych, które też czekają na namalowanie.

Od samego rana miałem nie najlepszy humor. A wręcz bardzo czarny i przygnębiający. Po głowie chodziły mi jedynie czarne myśli; śmierć, koniec, bezsens, strata czasu. Najłatwiej byłoby odejść. Malowanie nie wchodziło w grę, bo więcej byłoby szkód niż pożytku. Kontynuowałem montowanie niewielkich półeczek z wykorzystaniem wiszących metalowych kwietników. Na nich pojawiły się moje magiczne akcesoria. A tych mam coraz więcej: kielichy, kociołki, świece, kości, muszle. Po dwóch tygodniach wreszcie wypakowałem je z walizki. Eksponaty były na wystawie w Łodzi przez miniony miesiąc. Tutaj ich nikt nie chce pokazać. Chociaż w część pokój przestaje wyglądać jak pracownia malarza a staje się kawałkiem pokoju wiedźmy. I to mi się podoba. 
Samotne przesiadywanie w domu, zapatrzony z nudów w monitor komputera przerzucałem kolejne strony na Facebooku. W tle leciała medytacyjna muzyka. W momencie, kiedy to piszę też leci muzyka. Wtedy odezwały się jakieś dziwnie uczucia, wspomnienia, przeczucia, ze przyjdzie moment, kiedy zostanę sam, i będzie sobie trzeba jakoś radzić. Mama jeździ codziennie do połamanej babci pomagać jej w funkcjonowaniu. To ten obraz spowodował zmiany. Mur, który stworzyłem, burzą jedynie łzy. Czas kiedyś zabierze tych, co są blisko. ... 
Zabrałem się za posprzątanie / odkurzenie mieszkania, podlałem kwiatki. Zrobiło się jakoś inaczej. W swoim pokoju i tak mam nadal bałagan; pełno gazet, kartek, walające się kredki, długopisy, pędzle. Nastrój nieco złagodniał. 
Szybko pojechałem na obiad. Dziś chyba nawet nie zjadłem śniadania. Od jakiegoś czasu nie jem. Po przebudzeniu uciekam w świat wirtualny i zapominam o jedzeniu.
Przejażdżka rowerowa dobrze zrobiła. Ale tylko na chwilę. I znów włączyłem komputer. I znów przerzucałem kolejne strony na Facebooku. Ktoś zauważył, że ostatnio wrzuciłem jakiś czarny, przygnębiający obrazek.
Zaparzyłem kilka kaw do malowania. Ale dziś malował już nie będę. Patrzę w okno na zachodzące słońce. 

Może powrót do codziennego pisania zmobilizuje mnie do jakiejś pracy. Nie chcę, żeby wrócił stan depresyjny. Od kilku tygodni nie chodzę na terapię (ośrodek nie dostał funduszy, wiec spotkań też nie ma), wiec muszę sobie radzić sam. 




wtorek, 14 marca 2017

Nie wiem co dalej.

Marnuję czas. Zabijam go siedząc na FB. Wciąż taka sama codzienność przestaje mieć sens. Niue umiem sobie poradzić. Nie proszę nikogo o pomoc bo to też nie ma już sensu. Wielokrotne prośby kończyły się zawsze tym samym: ciszą, obojętnością, odmową. Zaczynam mieć wszystkiego dość. Pozostały jeszcze koszmary senne o śmierci. Próbuję walczyć, budzić się, patrzeć w okno, może przejdą. Już nawet straciłem sens i motywację, aby tutaj zaglądać i coś napisać. Taki piękny miałem plan, codzienne pisanie. I co? Jest pustka. Nie wiem co dalej.

EDIT: (10:57)
Chyba chcę ze sobą skończyć.  Stoję przed oknem i mam łzy w oczach. Bo wiem, że tego nie zrobię. Bo się boję. Nie trzyma mnie nadzieja, że coś się zmieni. To strach mnie powstrzymuje. Rozważałem rożne opcje i tylko otrucie się byłoby najmniej bolesnym doświadczeniem. Choć nie wiem, czy gdybym miał taką możliwość, zrobiłbym to. Pewnie nie jestem aż tak zdesperowany. Inaczej w przypływie chwili zrobiłbym to, bez zastanawiania się, rozpisywania itd. Przed oczami pojawia mi się wiele obrazów z tego co było i wiele obrazów co byłoby później. Konieczności byłoby napisanie listu pożegnalnego. Inaczej sobie tego nie powyobrażam. (11:13)

niedziela, 5 marca 2017

Zajrzałem do kart

Z samego rana pojechałem odebrać kable od komputera. Zapomniałem je zabrać w piątek z wystawy. Ostatnio jakoś o rożnych rzeczach zapominam. Tużą po powrocie z wystawy zadzwoniłem do dyrektorki biblioteki. Następnego dnia sprawdziła - był. Podała znajomej i tak udało mi się go szybko odebrać. W drodze powrotnej, a byłem na rowerze, a że miałem nóż ze sobą, podjechałem po kilka gałązek bazi. Wróciłem do domu, bazie do wazony i pół dnia zleciało. Popołudniu wybierałem się doi lasu, zakładam kurtkę, z kieszeni wyjmuję klucze, żeby zamknąć mieszkanie i... nie ma nożyka. Przeszukałem pokój, korytarz i gdzie się dało. No nie ma. Pojechałem tą samą droga, gdzie zrywałem gałęzie - nie ma. No zginął. A w żaden sposób nie mogę sobie przypomnieć co się z nim stało od momentu ścięcia gałęzi do powrotu do domu. Do lasu pojechałem, ale humor miałem już kiepski. Niby to tyko niewielki, stary zwykły nożyk, ale był ze mną 15 lat. Zabierałem go na każdy wyjazd. No... przyzwyczaiłem się do niego. Szkoda. Zginął. Jedyne sensowne i racjonalne wyjście z sytuacji jakie przychodziło mi do głowy to kupić nowy. I chyba tak będzie trzeba zrobić. W sobotę wybiorę się na targ staroci i poszukam czegoś podobnego.
Wieczorem przypomniałem sobie o pewnych grupach na Facebooku, gdzie ludzie szukają zaginionych rzeczy stawiając sobie karty tarota. Zrobiłem to samo. Może one pokażą, gdzie mogłem go zgubić. Wyciągnąłem trzy karty: Gwiazda, Król kielichów i Rycerz kielichów. Na karcie Gwiazda jest woda (teren gdzie zrywałem by się zgadzał. Obok płynęła rzeka), ale karata mówi o nadziei i  pozytywnym rozwiązaniu sprawy. Niewielka rz43eczka jest także na karcie Rycerza. Ale dwie karty z kielichami, mówią bardziej o uczuciach i o tym, aby póki co, zająć się czymś innym a rozwiązanie przyjdzie. Nie do końca jestem do tego przekonany, ale nijak nie mogę sobie przypomnieć co z nim zrobiłem. Być może wróciłem do domu i gdzieś go położyłem, tylko nie wiem gdzie. Jednak wewnętrznie pogodziłem się już, ze zginął, na zawsze.

Mój nie najlepszy nastrój, skłania mnie do namalowania jakiegoś czarnego autoportretu z czerwonymi akcentami, ale póki co oddaje się słuchaniu relaksacyjnej muzyki, aby wyciszyć emocje.